*

Na imię mam Edyta i od lat hobbystycznie uprawiam rośliny.
Hoje to moja wielka roślinna miłość! Ściągam je skąd się da ... Z najdalszych zakątków Europy i świata.
Poszukuję wciąż nowych gatunków i odmian tych wspaniałych roślin. Podziwiam kwitnienia, zakochuję się w liściach.To jak narkotyk ...
Moja kolekcja, licząca ok 400 odmian hoi, stale się powiększa, a mój dom coraz bardziej przypomina las deszczowy.
Zapraszam do odwiedzin.


*

niedziela, 21 sierpnia 2016

BETA-CHIKOL



Zaznaczam na wstępie - to nie jest post sponsorowany, preparat zakupiłam sama i nikt mi nie płaci za reklamowanie go :-) Muszę, po prostu muszę Wam o nim opowiedzieć, bo na hoje działa rewelacyjnie. 

BETA-CHIKOL to naturalny biopreparat stymulujący wzrost i rozwój roślin oraz poprawiający ich jakość. Wykazuje bardzo silne działanie stymulujące odporność roślin na patogeny. Stosowany od początku wegetacji roślin wpływa korzystnie nie tylko na ich wzrost ale również na zdrowotność.

Producent pisze : "Po przebadaniu BETA-CHIKOLU na różnych gatunkach roślin (m.in. Eustoma, gerbera, goździki, mieczyki i inne) otrzymaliśmy wyniki świadczące o korzystnym wpływie  preparatu na wzrost roślin, w każdej z badanych rośln zauważalne były znaczne przyrosty w stosunku  do kontroli i środków porównawczych. Widoczny  był również wpływ  na ograniczenie występowania chorób. Nawet w skażonym podłożu widać było, że BETA-CHIKOL silnie stymuluje odporność i w znacznym stopniu zabezpiecza przed porażeniem"

i nie kłamie. 

Osobiście przetestowałam ten środek na hojach i jestem bardzo, bardzo zadowolona. Nie dość że chroni przed chorobami wirusowymi, bakteryjnymi jak również grzybowymi, to jeszcze zwiększa tolerancję roślin na niekorzystne warunki uprawy ( przesuszenie podłoża, niska lub zbyt wysoka temperatura ), pobudza rozwój systemu korzeniowego i przyspiesza wzrost roślin. Ogólnie rośliny wyglądają na zdrowsze i mocniejsze. Sprawdzcie koniecznie sami, myślę że się nie zawiedziecie... 






Pięknego nowego tygodnia


piątek, 19 sierpnia 2016

Hoya erythrina GPS 10143


Wyczaiłam ją po zapachu. Wchodzę do oranżerii i gdy coś pachnie - szukam. Znalazłam :-) i przy okazji podejrzałam jej sąsiadkę - H. erythrinę 'Bajo' która też lada chwila zakwitnie. Dwie radości w jednej sekundzie...

♡ 


 Hoya erythrina GPS 10143






















Wspaniałego weekendu ! i do usłyszenia jutro ~ napiszę o rewelacyjnym preparacie do roślin.






piątek, 12 sierpnia 2016

Hoya sp. GPS 7-35 = Hoya isabelchanae



 2 sierpnia został opublikowany artykuł  TUTAJ  
z którego wynika że Hoja, która występowała dotąd pod nazwą H. sp. GPS 7-35 została opisana i sklasyfikowana i w tej chwili nosi nazwę Hoya isabelchanae. 

Hoja ta została zakwalifikowana do sekcji Acanthostemma i uwaga ! jest to gatunek który posiada jedne z największych kwiatów w tej sekcji i są one porównywalnej wielkości do kwiatów Hoi benchaii czy też Hoi kloppenburgii. 

Kwiaty tej hoi można zobaczyć TUTAJ lub TUTAJ  - są naprawdę zjawiskowe !


Hoya isabelchanae pochodzi z Sulawesii, z Indonezjii. Swoją nazwę zawdzięcza Isabel Claire Chan Yuen Ching, córce Elisabeth Chan, singapurskiej patronki badań botanicznych i ogrodnika o zainteresowaniach gatunkiem Hoya.




Hoya isabelchanae





Pięknego, słonecznego dnia !
xoxo







środa, 3 sierpnia 2016

Z cyklu NOWOŚCI 2016 - Hoya solaniflora


Po raz pierwszy zobaczyłam ją w książce The Genus Hoya w kwietniu 2015 r. ( TUTAJ )
Zwariowałam wtedy na jej punkcie i od tamtej pory z uporem maniaka szukałam jej po świecie. Minęło niemal półtora roku, aby moje poszukiwanie zakończone zostało sukcesem. Łatwe to nie było i gdy niemal straciłam już wiarę w to, że ktokolwiek ją posiada, że kiedykolwiek ją znajdę - znalazłam !!! Bo gdy czegoś bardzo chcesz - cały wszechświat Ci sprzyja i pomaga :-)  
Moja radość nie zna granic !

Mam, mam, mam........ i nawet zdążyła się już u mnie ładnie zadomowić.

Moja perełka :


Hoya solaniflora









Liście nie są duże, ale mają w sobie coś ciekawego. Natomiast kwiaty... ochhhh te kwiaty...
spójrzcie sami :




Hoya solaniflora pochodzi z górskiego obszaru Papua New Guinea. W naturze rośnie dosyć wysoko, dlatego należy mieć na uwadze to, że jest to hoja która lubi nieco chłodniejsze stanowisko. Nie lubi bezpośredniego słońca, preferuje półcień, a nawet znosi zacienione stanowisko. Uwielbia wysoką wilgotność powietrza.




serdeczności ślę ~



niedziela, 31 lipca 2016

Ludzie listy piszą i Hoya leytensis



Kwitnie u mnie po raz pierwszy. Mimo iż kwiaty nie są duże, są naprawdę bardzo urocze i pięknie pachną czekoladą. Pochodzi z Filipin, gdzie zamieszkuje tereny wilgotne, najczęściej blisko oceanu. Uprawiana w pół-hydro ( plastikowy kubek z granulatem ceramicznym, na dnie 1-2 cm wody, pozwalam jej przeschnąć przed kolejnym podlaniem )



Hoya leytensis














***

Dostałam jakiś czas temu wiadomość, że na blogu brakuje ostatnio prywatnych moich wpisów, dyskusji, opowieści. I czemu tak ? i że tak fajnie się czytało te moje wynurzenia i oglądało zdjęcia różnorakie... Że w ten sposób można mnie poznać lepiej. I że kilka postów się nawet przydało i w życie wcieliło. Miło mi się zrobiło, a jakże, bo ja myślałam że zanudzam Was tymi głupotami, tą moją codziennością, przepisem na pizzę, tymi ochami i achami, remontami, opowieściami z życia mojego i mądrościami rzekomymi ;-) No i czasu też brak, bo czas teraz to towar deficytowy, bieganina od rana do nocy, a żeby posta pisanego sklicić to trzeba trochę czasu poświęcić. Ale teraz... po tym emailu... obiecałam sobie że te posty wrócą. Kto nie będzie chciał czytać to niech nie czyta, niech tylko zdjęcia hoi pooglada jak chce, bo jeśli znajdzie się choć jedna osoba której taki wpis się przyda, zainteresuje czy też będzie inspiracją, to warto... I czas też postaram się znaleźć.

Dostałam też inną wiadomość, a właściwie komentarz do posta.
 Że ten mój blog to słodki jest aż do zarzygania i czy ja nie mam problemów żadnych ? bo zawsze taka radość, z pierdół nawet. I że słodycz aż mdli. I co to za radość jak zwykła hoja zakwitnie, która innym kwitła już sto razy, albo i więcej. I że na pewno nie jest to prawda, to moje szczęśliwe życie, bo jak to tak, toż to tylko w serialach tanich tak się dzieje. A ile jadu w autorze tego listu... ile goryczy i złości. I pomijam fakt że osoba ta, nie miała nawet odwagi się podpisać, ale poświęciła swój cenny przecież czas, żeby napisać mi tych kilka przykrych słów. A przecież w tym czasie mogła zrobić coś fajnego, pobawić się z dzieckiem jak ma, czy też z mężem/żoną pogadać jak dzień minął... Albo odwiedzić swój ulubiony blog i tam zostawić dobre słowo, w tym czasie, w którym u mnie zostawiła złe. Bo jak się mój blog nie podoba, to przecież nie trzeba tu wchodzić, czytać tych bzdur i rzygać z przesłodzenia. 

Myślałam o tym dużo, skąd się biorą takie uczucia. Po pierwsze to nie jest tak, że mi jest zawsze z górki, że życie traktuje mnie inaczej niż Ciebie, czy Ciebie czy też Ciebie. Owszem, los był dla mnie bardzo łaskawy, dając mi wspaniałego męża, cudowne, zdrowe dzieci i dwie ręce którymi mogę zapracować na wszystko co mam. I to nie jest też tak, że omijają mnie przykrości i choroby. Nie jest. Mam takie same problemy, jak każdy. Różnica między Tobą, autorze tej wiadomości, a mną, polega na sposobie postrzegania świata i ludzi, a także różnego reagowania na sytuacje. Bo ja wiem, że nic nie jest dane raz na zawsze i dlatego nauczyłam się cieszyć każdą chwilą, póki trwa. Bo co będzie jak nas jutro zabraknie ? Byłam kiedyś bardzo ciężko chora i to że żyję to cud. To na co ja mam narzekać, skoro życie podarowano mi drugi raz, tak po prostu ? Przecież w niczym lepsza nie byłam, a może gorsza nawet, od niejednej matki która zmarła, zostawiając swoje małe dziecko. Bo jedna taka historia była ? Ja mogłam zostawić moją córkę gdy miała 3 tygodnie. Ola nigdy by mnie nie poznała. Może obejrzałaby kiedyś moje zdjęcie, a może nie ? Może miałaby drugą, przybraną mamę, która może byłaby dla niej dobra, a może nie... Może nie dane by było jej odczuć jak kocham ją do szaleństwa, nie usłyszałaby mojego głosu jak bajkę jej czytam na dobranoc, nie poznałaby ciepła moich dłoni kiedy smyram ją po pleckach, moich ramion które ze stali były chyba, bo nosiły ją dzień i noc kiedy chora była. I po co ja mam to rozpamietywać, zastanawiać, truć się i życie tracić na te smutki ? I tymi przykrościami wciąż karmić siebie i ludzi wokół. Ja, drogi anonimie, odczuwam taką wdzięczność losowi, jakiej nie możesz sobie wyobrazić. I radość. I szczęście. I chcę wykorzystać czas, który mam. Bo nie wiem ile jeszcze mi go zostało, a Ty wiesz ? Czy Ty wiesz, czy ostatnią rzeczą którą zrobisz na tym świecie, nie będzie zrobienie komuś przykrości ? Też nie wiesz. I muszę Cię rozczarować, w dalszym ciągu będę cieszyć się, weselić i doszukiwać dobrych stron we wszystkim co mnie w życiu spotka. Może i nie raz będzie ciężko, ale postaram się mocno poszukać dobrych stron w każdej sytuacji, przemyśleć, wyciągnąć lekcję i wcielić ją w życie. Bo na prawdziwe smutki to może przyjdzie jeszcze czas. Oby nie, ale wiadomo to, co kogo w życiu spotka ? Ale o tym nie napiszę tutaj, Ty tego nie przeczytasz, bo tego zła i nieszczęścia za dużo i tak w świecie, w mediach, w gazetach, na blogach. A tutaj zawsze będzie radość z kwitnienia najzwyklejszej hoi, dopóki ja prowadzę ten blog. I dopóki żyję. A po co ja mam, przepraszam bardzo, labidzić na blogu że wypadek samochodem miałam, że z mężem się posprzeczałam, z córką na pogotowiu byłyśmy, obiad przypaliłam, czy też nie udało mi się ukorzenić kilka hoi ? Jak wypadek miałam, to cieszę się że nikomu nic się nie stało. Gdy z mężem się pokłócę, to jak później fajnie się pogodzić... i podchody robimy do siebie jak nastolatkowie jacyś, uśmiechy delikatne w swoją stronę rzucamy, choć ja jeszcze nos na kwintę mam, bo obiecałam sobie, że się do niego nie odezwę ze dwa tygodnie... albo miesiąc nawet, a to dopiero kilka godzin minęło. Gdy z córką na pogotowiu wylądowałyśmy, to taka radość mnie przepełniała, taka ulga, bo leki dostała i wyzdrowieje przecież. A ileż to dzieci nie miało tego szczęścia ? Ileż to matek rwało włosy z głowy z rozpaczy ? I jak ja mogę nie być szczęśliwą? Bo jak obiad przypaliłam albo przesoliłam tak, że pies tego nie tknie, to jajecznicę robię. A jak mi się kilka hoi nie ukorzeni, to nie lamentuję, nie przeliczam że takie drogie były a one wzięły i zdechły i nie złorzeczę że to z pewnością wina sprzedającego bo wadliwe lub chore mi wysłał, tylko mówię trudno, nauka ta bolesna ale poszukam ich jeszcze w świecie i kolejnym razem spróbuję potraktować je inaczej. Może się uda. Bo można przecież wciąż tylko narzekać, że za mało, za rzadko, albo za często, że nie tak jest jak być powinno. I mi się czasem to zdarza. Ale mam w sobie coś, co natychmiast stawia mnie do pionu. Biorę wtedy głęboki wdech i mówię : głupia, czym Ty się martwisz, o co się wściekasz, jakie to będzie miało znaczenie w ostatnim dniu Twojego życia ? Żadnego. I już jest dobrze. I już patrzę a tu mi pachnie w oranżerii, coś zakwitło, to zdjęcia trzeba koniecznie zrobić i na bloga wstawić, żeby radością się podzielić... 




Pięknego nowego tygodnia !

czwartek, 28 lipca 2016

Hoya pubicalyx splash leaves



Debiutantka :-)


Hoya pubicalyx splash leaves















xoxo